Rozdział VII: Siedem minut przed północą

poniedziałek, 11.października.2010, 17:23


Z góry przepraszam za całą słodkość jaka zawiera się w tym rozdziale. Trochę przesadziłam. Wiem.

Ziemia jest wielka...Tak wielka, że myślisz, że możesz schować się przed wszystkim. Uciec od wiary, Boga...
Znaleźć miejsce wystarczająco daleko...więc uciekasz...na koniec ziemi...gdzie wszystko staje się znów bezpieczne...ciche i ciepłe.

Kwintesencja samotności.
Kawałek niebezpieczeństwa zostawiony z tyłu.
Luksus żałoby.
I może przez chwilę...wierzysz, że uciekłeś...


Różnokształtne płatki śniegu formowały białą pierzynkę na parapecie okna, przez które obserwował nieudolne wysiłki pani Weasley, próbującej przedostać się do cieplarni. Było wpół do szóstej. Święta skończyły się szybciej niż myślał. Przebiegły też spokojniej niżby się tego spodziewał. Poznał masę ludzi, z których teraz pamiętał może trójkę. Zastanawiał się jak oni wszyscy mogli pomieścić się w tym domu. Widać magia robi swoje.
Uchylił lekko okno, podmuch lodowatego powietrza wniósł do środka kilka płatków śniegu. Wyciągnął z kieszeni podniszczoną paczkę papierosów, którą zwinął ojcu Rose. Odpalił jednego i obserwował dym unoszący się z jego końca.
Albus chrapał niemiłosiernie, a z dołu dochodziły odgłosy rannych przygotowań pani domu. W rogu pokoju stały zapakowane kufry. Dziś w końcu mieli wrócić do Hogwartu.
Scorpiusa z jego rozmyślań o szkole wyrwał szelest skrzydeł. Do okna podleciał czarny puchacz, który w dziobku trzymał list. Chłopak odebrał przesyłkę, a ptak odleciał tak szybko, jak szybko się pojawił. List był niewielki, poszarpany i niechlujnie zapieczętowany. Malfoy uśmiechnął się pod nosem. Tylko jedna osoba jemu znana mogła popełnić tyle gaf z rana.
Rozwinął pergamin. Był cały zapisany drobnym, dziecięcym pismem. Jego oczy biegały szybko w tą i z powrotem, odczytując każde zdanie z zapartym tchem.
Gdy tylko zobaczył ją na peronie przed świętami, wiedział, że to właśnie ona będzie jego wybawieniem. To ona go uratuje i uleczy.
Jej postrzeganie świata, ciekawość wszystkiego otworzyły przed nim całkiem nowe horyzonty. Była jak świeży powiew wiatru w upalny, sierpniowy dzień. Była lekarstwem, na które tak długo przyszło mu czekać.

Albus otworzył jedno oko. Zarejestrowało ono obraz Scorpiusa, siedzącego na parapecie z papierosem w ustach i listem w ręku. Potter odetchnął głęboko. Przez całe święta nie odezwał się do niego ani słowem. Teraz przyszedł moment próby. Mieli wrócić do Hogwartu.
Albus długo myślał, o rozmowie w pociągu, o swojej przyjaźni ze Scorpiusem, o miłości do Briony. Z reguły był spokojnym chłopakiem, który nie wdawał się w kłopoty. Tak mu się wydawało. Jego największym kłopotem był Malfoy, którego na domiar złego nie mógł już dłużej ignorować.
- Co u niej słychać? - zapytał jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby ten tydzień ciszy między nimi był tylko wytworem wyobraźni.
- Po staremu – Malfoy wyrzucił niedopałek za okno, po czym zamknął je szczelnie.
- Ona jest w Ravenclawie, prawda?
- Taaa...chyba tak.

Albus był dumny z siebie. Choć ich rozmowa nie należała do najbardziej konstruktywnych, cieszył się, że w ogóle się odbyła. Przez ten tydzień zrozumiał jedną, bardzo ważną rzecz – a mianowicie to, że Scorpius namiętnie łamie wszelkie zasady i wmawia sobie, że nikt nie potrafi go zrozumieć.
Co, rzecz jasna, było totalną bzdurą, którą tylko taki zadufany w sobie bufon jak Malfoy, mógł wymyślić. Drugą ważną rzeczą, jaką Albus w końcu przyjął do swojej świadomości był fakt, że Scorpius Malfoy był jego najlepszym przyjacielem, najbliższym i jedynym, będąc jednocześnie jego najgorszym wrogiem. Jednym słowem mieszanka wybuchowa.
Potter przeczesał ręką włosy i usiadł na łóżku. Jego myśli popłynęły w kierunku jedynej osoby, bliskiej jego sercu, w tym domu. Do Briony...


Nie ma wątpliwości, że czasem musi dojść do walki. Pytaniem pozostaje to, za pomocą jakiej broni ma się ją staczać, kto powinien kogo zwalczać i na jakim gruncie. Kiedy nędzarze jednego plemienia wyrzynają nędzarzy innego w imię pola nasiąkniętego krwią, na którym bogaci radośnie ich pochowają jeszcze za życia, dokładnie w tym momencie, kiedy będzie to korzystne – nie jest to odpowiedni pomnik dla tych bez ziemi z dawnych czasów. Ale to materiał na inną historię. Taką, która może czeka jeszcze na napisanie, a będzie miała bardziej braterskie zakończenie i wywoła mniej koszmarów.


Briony, która nie spała już od dłuższego czasu, właśnie pakowała pieczołowicie prezent świąteczny, dość spóźniony. Szelest papieru i kolorowych wstążeczek obudził Rose. Dziewczęta wprawdzie pozostawały w przyjacielskich stosunkach, ale żadna z nich nie mówiła drugiej o zdarzeniach z pociągu. Briony była na to zbyt słaba i zamknięta w sobie. Rose natomiast, zbyt dumna by mówić o ukorzeniu się przed Malfoy'em. Skrycie Rose wciąż roztrząsała temat, nie mogąc pojąc zachowania Scorpiusa. Jej skrzywdzone serce wzięło w końcu górę nad rozumem, bo odważyła się o tym porozmawiać z Briony.
- Dla kogo to prezent? - spytała ruda. Briony podskoczyła ze strachu.
- Dla znajomego.
- Możesz powiedzieć, że dla Scorpiusa. Przecież nic ci nie zrobię. - Rose uśmiechnęła się promiennie, choć w jej oczach czaił się nieznany strach. Briony oblała się szkarłatnym rumieńcem.
- Wiem, że ta sytuacja nie jest dla nikogo z nas ani łatwa ani przyjemna, ale żeby temu zapobiec musimy o tym porozmawiać. - Rose przykucnęła obok blondynki i położyła jej rękę na ramieniu.
- A co, jeśli nie jesteśmy na to gotowi? - w oczach Briony pojawił się bunt. Chęć ucieczki przed tym wszystkim. Przed rozmową, konfrontacją, przed Rose i jej oskarżycielskim spojrzeniem.
- Ja go kocham, czy ci się to podoba czy nie. - Panna Weasley wstała i podeszła do drzwi. - I nie myśl, że zrezygnuję z niego tak łatwo – nacisnęła klamkę i wyszła z pokoju.


Pociąg ruszył. Jedynie turkot kół przekonywał uczniów o tym, że wciąż się poruszają. Widok za oknem był ciągle jeden i ten sam. Śnieg. Padał i padał, zanosiło się na to, że wcale nie zamierzał przestać. Atmosfera w ich przedziale była bardzo grobowa, co chyba dało się wyczuć już na korytarzu, bo uczniowie omijali to miejsce szerokim łukiem. Wszystko zależało od Scorpiusa, a on zdawał się wcale tego nie zauważać.
Albus wciąż nie mógł pojąć tego, co w nim jest takiego niezwykłego. Widział błysk w oku Rose, gdy tylko na niego spojrzała. Twarz Briony rozświetlała się magicznym blaskiem, gdy do niej mówił. Gdy się śmiał, wszystko śmiało się razem z nim. Ale jednocześnie, gdzie się nie pojawił siał zamęt. Ludzie wariowali na jego punkcie i z jego powodu. Podążał za nim strach, niechęć, niebezpieczeństwo, a nawet śmierć.
A Scorpius? Scorpius żył w swoim własnym świecie i nie dostrzegał niemej tragedii, jaka rozgrywała się wśród jego przyjaciół.

Z Arabellą spotkał się dopiero w powozie, którym przebyli drogę do zamku.
- Myślałem o tym, co mówiłaś na temat konkretnego celu – odezwał się.
- I? - Arabella siedziała na pół leżąco i z uporem maniaka wymalowanym na twarzy, czytała mugolską książkę.
- I chyba coś ustaliłem – wyrzucił kolejny niedopałek przez okno. - Mam dobre przeczucie co do tego.
- Opowiedz mi o tym. - Zamknęła książkę, spuściła nogi i podpierając brodę rękoma, utkwiła w nim swój wzrok.
- Chodzi o dziewczynę.
- Świetnie. Jaka jest?
- No wiesz...bystra, piękna, popularna. Klasyczne ZDDC.
- A cóż to takiego? - Arabella zaśmiała się perliście.
- Za dobra dla ciebie.
- Ale nie dla ciebie? - spytała z sarkazmem.
- Jestem poza szkolnym łańcuchem pokarmowym.
- Tak ci się tylko wydaje. Tak ci się tylko wydaje. - Na moment zapadła głucha cisza, a potem Arabella znów się odezwała – Zaproś ją na randkę.
- Na randkę? Nie, to zły pomysł.- Arabella tylko wzruszyła ramionami. Potem wstała i usiadła obok Scorpiusa, kładąc mu głowę na ramieniu. Podniosła na niego swoje niebieskie oczy.
- Co? - spytał, trochę zbyt wojowniczo.
- Nic. Wiem, że tego nie znosisz.
- To po co to robisz? - zepchnął ją.
- Żeby wzbudzić w tobie jakiekolwiek uczucia. - Tym razem położyła mu głowę na kolanach i rozciągnęła się na siedzeniu. Nie zaprotestował.
- To jaka jest tego wartość terapeutyczna? - spytał, ale to pytanie pozostało bez odpowiedzi.


Odkąd Albus w końcu poznał przyczynę wariackiego i nieodpowiedzialnego zachowania Briony, obserwował ją jeszcze dokładniej. Tak naprawdę, od zawsze o tym wiedział, tylko nie chciał się do tego przyznać. Bał się, że jeśli wypowie tę myśl na głos stanie się ona rzeczywistością. Ktoś w końcu zrobił to za niego i wcale nie było mu z tym lżej.
Siedział za nią na transmutacji. Widział jak nerwowo podryguje nogą, jak co chwila spogląda na zegarek i puste miejsce Malfoy'a. Zdawał sobie sprawę, że odlicza sekundy do spotkania z nim, a mimo to wciąż miał nadzieję. Niepotrzebnie.
- Briony? - zagadnął ją po lekcji.
- Nie teraz, Al. Spieszę się.
- Wiem – puścił jej rękę i ruszył wolnym krokiem do Wielkiej Sali.


Scorpius był sam w Pokoju Gryfonów. Siedział na kanapie mnąc w rękach papierosa i rozkoszując się chwilą samotności. Gdy weszła Briony, nawet na nią nie spojrzał.
- Mam dla ciebie prezent – zaczęła nieśmiało, siadając obok niego.
- To niedobrze, bo ja nie mogę dać ci nic w zamian – odparł.
- Nic nie szkodzi – skłamała lekko. Podała mu niewielką paczkę, owiniętą złotym papierem.
Przyglądał się jej z zaciekawieniem, obracając ją w dłoniach. Trzymał ją delikatnie, jakby była największym cudem świata, zrobionym ze szkła. Podniósł oczy, szukając jej spojrzenia. Napotkał je i dodało mu ono otuchy. W jej oczach tliły się malutkie ogniki. Rozerwał papier i natrafił dłońmi na coś miękkiego. Wyciągnął z paczki czarną, skórzaną kurtkę.
- Wydałaś majątek – odparł, trochę z zawstydzeniem, a trochę z zachwytem.
- Nie. Pamiętasz Billego? Tego rozrabiakę? - kiwnął głową na znak, że wie o kogo chodzi. - Jego matka wyrzuciła ją – odparła nieśmiało, jakby było w tym coś bardzo złego i wstydliwego.
- No tak, jemu już się raczej nie przyda... - Siedzieli tak w milczeniu, rozmyślając o „biednym” Billym i jego głupocie.
- No przymierz – zachęciła go cicho. Włożył kurtkę i obrócił się parę razy dookoła własnej osi.
- Leży jak ulał. Ładnie ci w niej – powiedziała, nie spuszczając z niego wzroku.
- Dziękuję – odparł i pocałował ją w czoło. Zaśmiała się cicho.
- No co? - spytał, może trochę zbyt wyzywająco.
- Ciągle to robisz.
- Co?
- Traktujesz mnie jak malutką siostrę.
- Bo nią właśnie jesteś – odpowiedział z uśmiechem i zniknął na schodach. A świat wokół Briony zatrzymał się. Przestał istnieć kominek, pokój wspólny i Hogwart. Przestała istnieć ona.

Albus podjął dziś najważniejszą decyzję w swoim życiu. Miała ona zaważyć o losach jego dalszej przyszłości. Dziś postanowił, że przestanie kochać Briony Tallis. Jednak jego misterny plan zawiódł go, gdy dostrzegł drobną blondynkę biegnącą brzegiem jeziora. Nie musiał widzieć, że ma na sobie szatę z godłem lwa, ani dostrzec jak na wietrze powiewa złoto-czerwony szalik. On od razu wiedział, że to jest ona. Tak po prostu. Więc zebrał się z miejsca, w którym oddawał się nocnym rozmyślaniom i ruszył za nią.

Rose obserwowała to wszystko schodząc spokojnie ze schodów. Układała w myślach tę scenę, analizowała fakty i wyciągała wnioski. Była tym wszystkim tak zaabsorbowana, że nogi same poniosły ją do sowiarni. Nie chcąc obudzić ptaków cichutko wchodziła po schodach. Za przewodnika miała jedynie blady księżyc. Wiedziała, że go tam spotka. Umysł sam podświadomie wybrał to miejsce.
Siedział w oknie. Jedna noga zwisała mu bezwładnie na zewnątrz, drugą miał zgiętą w kolanie. Głowa była lekko odchylona do tyłu i oparta o ścianę, włosy bezwładnie opadały mu na czoło, zasłaniając oczy, w których odbijał się księżyc. A dla niej – cały świat.
Nie obrócił się, nie drgnął, nie otworzył nawet oczu. Trwał dalej w tym amoku, letargu albo śnie.
Usiadła naprzeciw niego, ale nie miała tyle odwagi by spuścić nogę na zewnątrz. Objęła więc je obie ramionami, przyciągając mocno pod brodę. Obserwowała go, chłonęła każdy najmniejszy szczegół jego sylwetki.
On wiedział, że go obserwuje. Czuł jej obecność, delikatny aromat truskawek przyjemnie pieścił jego nozdrza. Czuł ciepło bijące z jej ciała, słyszał jej oddech i kołatanie przestraszonego serca.
- Coś się stało? – spytała po chwili.
- Wszystko. – W tej ciszy, jego głos zabrzmiał jak rozpaczliwe wołanie o pomoc. Zrobiło jej się go żal, choć dobrze wiedziała, że on na to nie zasługuje.
- Opowiesz mi o tym? – szepnęła cicho.
- Raczej nie dzisiaj – mruknął. Poczuła się urażona. Wiedziała, że tak odpowie, ale jednak łudziła się, że może coś się zmieniło, że może właśnie dzisiaj…
- Ale spróbuj jutro – dorzucił.
W świetle księżyca dostrzegła jego blady uśmiech. Sama też czuła jak radość rozpiera ją od środka. Zawiał wiatr, jej ręcę natychmiast pokryły się gęsią skórką. Scorpius usłyszał jak zgrzyta zębami. Otworzył oczy, ściągnął kurtkę od Briony i zarzucił na Rose.
- Zimno ci. – Wyjaśnił poważnym tonem. – Po co tu przyszłaś? – spytał.
- Z tego samego powodu co ty.
- Szczerze wątpię – w jego oku pojawił się nienaturalny błysk. Jej brwi powędrowały niebezpiecznie w górę, odwróciła głowę w bok i wbiła wzrok w taflę jeziora, która idealnie zlewała się z granatowym niebem. On uśmiechnął się pod nosem i zapalił papierosa. Nie zaprotestowała. Nie przeszkadzał jej ani dym ani nieprzyjemny zapach.
- Myślisz, że jesteś taki sprytny i odważny – zaczęła nagle, spoglądając mu głęboko w oczy – ale tak naprawdę cholernie się boisz.
- Czego? – spytał, nachylając się do niej.
- Życia.
- Głupstwa opowiadasz – zaśmiał się lekceważąco.
- Wcale nie. Udajesz buntownika i twardziela, żeby ludzie nie zauważyli jak bardzo przeraża cię ten świat.
- Przestań – syknął – w tym co mówisz nie ma ani krzty prawdy.
- Udowodnij.
Zaległa głucha cisza, w czasie której pierś Rose falowała jak szalona, a Scorpius kończył papierosa. W końcu wyrzucił niedopałek przez okno i zeskoczył z parapetu. Podszedł do Rose, mimo iż ona ciągle siedziała na oknie, to i tak był od niej wyższy. Pogłaskał ją delikatnie po głowie, przejechał palcem po jej gładkim policzku. W końcu chwycił ją pod brodę i zmusił, żeby na niego spojrzała. Trwali w tym milczeniu dobre pięć minut, zatopieni w swoich spojrzeniach.
- Jestem zły i nic ani nikt tego nie zmieni, dlaczego nie możesz tego zrozumieć? – oparł swój podbródek na jej głowie, przytulając ją do siebie.
- Bo cię kocham – szepnęła.
Odskoczył od niej jak poparzony, zmarszczył brwi, a ona dostrzegła w jego oczach strach.
- Scorpius – zaczęła, ale nie dał jej dokończyć. Jego spierzchnięte usta połączyły się z jej ustami w tak długo oczekiwanym przez nich obojga geście. W końcu, gdy oboje byli już zaspokojeni, Scorpius znowu zajął swoje miejsce na parapecie. Wpatrywał się w Rose roziskrzonymi oczami i z uśmiechem na ustach. Jej włosy były w nieładzie i właśnie dlatego wyglądała tak pięknie.
- Chodź tutaj – szepnął. Usiadła mu na kolanach i oparła głowę o jego pierś, słuchała jak bije jego serce. Objął ją najmocniej jak umiał i ukrył twarz w jej włosach, pachnących truskawkami i szczęściem.

Albus odnalazł w końcu Briony. Siedziała na wielkim głazie nad brzegiem jeziora. Szlochała. Podszedł do niej na palcach, jak kot. Przycupnął obok niej i położył jej dłoń na kolanach. Podniosła wzrok, ale Albus nie patrzył na nią. Sięgał wzrokiem za horyzont. Dolna warga zadrżała jej niebezpiecznie.
- Możesz mnie stąd zabrać? – spytała nieśmiało. Albus wstał. Odczekał parę minut i wziął ją na ręce. Zaniósł dziewczynę do pokoju wspólnego Gryfonów. Po drodze Briony uspokoiła się. Przestała tracić wodę z organizmu i otarła twarz rękawem szaty. Położył ją na kanapie najbliżej kominka.
- Możesz mnie już puścić – powiedział, pochylając się nad nią. Briony cały czas nie rozluźniała swojego uścisku.
- A jeśli nie chcę…
Przyciągnęła go mocno do siebie. Albus próbował podeprzeć się na rękach, ale całym ciałem przylegał do leżącej na kanapie Briony. Wpatrywał się w nią ze zmarszczonymi brwiami, próbował cokolwiek odczytać z jej twarzy. A ona bawiła się tylko jego włosami, wplatając w nie ręce.
- Długo będziesz jeszcze czekać? – spytała powoli.
- Do końca świata i o jeden dzień dłużej – szepnął.
Briony pociągnęła go za koszulę i sprawiła, że ten dzień stał się najpiękniejszym dniem w życiu Albusa Pottera.

Możesz uciekać daleko...Możesz zastosować środki ostrożności...Ale czy na prawdę uciekłeś?
Czy kiedykolwiek możesz uciec? A może prawda jest taka, że nie masz sił stawić czoła przeznaczeniu?
Świat nie jest mały. Tylko ty. A los może odnaleźć cię wszędzie…



KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

I mam nadzieję, że nie ostatniej.



Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


● By Caroll, tylko i wyłacznie na potrzeby tego bloga.

Nawigacja



OniProfilDodaj
Księga

Moje

Syriusz Black
Regulus
Filmoteka


Czytam

Lily
Ines Potter
Rosencrantz
Anastazja Malfoy
Scorpius&Rose
Eileen Prince
Corinne
Notatnik Lily
Regulus Black
Little Shadow
Gabriel R.
Towarzystko stolikowe
Klub
Link


Archiwum

Prolog, 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Inspiracja